Przejdź do treści
+48 781 696 824 redakcja@radioaktywny.pl Lublin · Polska tło 0,12 µSv/h

Wystawa fotografii

Urbex w Fotografii

X Edycja Urbex w Fotografii

| 10:00–19:00 | Warszawa

Pasaż pod stalowo-szklanym dachem, zwiedzający chodzą między czarnymi panelami z odbitkami zawieszonymi na łańcuchach

Do Prześwitu wchodzi się przez bramę przy Frecie i przez pierwszych kilka kroków ma się wrażenie, że pomyliło się adres. Podwórko jak każde inne w tej części Warszawy. Dopiero nad głową wisi znak, że nie: białe litery PRZEŚWIT na czarnej blasze, podwieszone na dwóch prętach pod ceglanym łukiem.

Za łukiem otwiera się pasaż nakryty szklanym dachem. Stalowa kratownica pomalowana na biało, arkadowe okna, palmy w betonowych donicach i industrialne lampy w drucianych koszach, wiszące na łańcuchach jak w hali maszyn.

Miejsce, w którym wystawia się zdjęcia opuszczonych budynków, samo przeszło tę drogę do końca i wróciło. Nikt tego nigdzie nie napisał na ścianie. Nie musiał.

Przy wejściu stał diodowy wyświetlacz z dworcowej portierni — żółte matryce na czarnym tle — i przewijał w kółko nazwę wystawy, tak jakby zaraz miał podać opóźnienie pociągu. To był pierwszy moment, w którym poczuliśmy, że jesteśmy u siebie.

Czarne płótno i klipsy

Ekspozycji nie powiesili na ścianach. Panele — wielkie prostokąty czarnego płótna w czarnych ramach — wisiały na linkach zaczepionych o konstrukcję dachu, w dwóch rzędach wzdłuż pasażu, tak że szło się między nimi jak między regałami. Odbitki przypięte klipsami, pod każdą dwie linijki drobnym drukiem.

Nasze wisiały bliżej wejścia.

Był tam pawilon o falistym, betonowym dachu, wtopiony w drzewa, cały w graffiti, z wielkim napisem „UFO" na ścianie — i podpis, który przykleił się do niego jeszcze na miejscu, w terenie: „rany boskie jestem kioskiem". Było ciemne wnętrze z wielkim przemysłowym oknem, za którym stoi las — „Dobre polowanie, Stalker". Był przeszklony dach oglądany od spodu, przez zieleń, która zdążyła już wejść do środka — „Pod światło". I hala z rzędem cystern, rdza, jedno pasmo światła z góry — „Metalowe cisze".

Nie wymyślaliśmy tych tytułów pod wystawę. Tak nazywamy te miejsca między sobą, w rozmowach, w plikach na dysku, w wiadomościach wysyłanych o drugiej w nocy po powrocie. Można było je zamienić na coś poważniejszego. Dobrze, że nie zamieniliśmy.

Bo przy kiosku ludzie stali najdłużej.

Zdjęcie zatrzymuje na dwie sekundy. Zdanie pod zdjęciem — na dziesięć.

RadBAR

Z pasażu wchodziło się bokiem do sali zalanej zielonym światłem. Na ścianie siatka maskująca, nad nią żółte litery: RadBAR.

Pod spodem stała ściana kineskopów — kilkanaście telewizorów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ułożonych w piramidę, część świecąca pustym rastrem, jeden pokazujący sam pasek bieli. Wokół kanistry, wojskowa skrzynia, radiostacja, oscyloskop wciśnięty między odbiorniki. Wyżej oryginalna plansza szkoleniowa obrony cywilnej o przechowywaniu i przemieszczaniu skażeń przemysłowych, wydrukowana w czasach, gdy takie rzeczy wieszało się w każdym zakładzie. Na parapecie zielona bomba ćwiczebna z żółtym pasem.

Ale najlepszy przedmiot leżał niżej, w otwartym futerale, obok wypłowiałej instrukcji przyklejonej do wieka. Rentgenometr DP-5B. Zielona płyta czołowa, jedno pokrętło, wychyłowy miernik, sonda na spiralnym kablu.

Znamy ten sprzęt z terenu. Zwykle leży pod warstwą gruzu, w szafie, której nikt nie otwierał od trzydziestu lat, i trzeba się do niego przecisnąć przez okno. Tutaj stał na parapecie, w zasięgu ręki, przy oknie z widokiem na pasaż i ludzi z kubkami.

Przez chwilę wyglądało to jak nasza własna piwnica wyniesiona do miasta.

Stanie obok własnego zdjęcia

Wystawa wisiała dwa tygodnie, ale wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się w pierwszy weekend, kiedy w bocznej sali szły prelekcje, a pasaż zapełniał się i pustoszał w rytmie kolejnych wejść.

Nas w tym programie nie było. Przyjechaliśmy z odbitkami, nie z prezentacją — i po debiucie na Falkonie okazało się to zaskakująco cenne. Prelegent stoi w świetle projektora i widzi tylko sylwetki. Wystawca stoi obok własnego panelu, w tłumie, i jest niewidzialny.

Więc się słucha.

Ludzie pochylali się do podpisów, czytali tytuły na głos, cofali się o krok, żeby ogarnąć kadr w całości. Padały nazwy miejscowości, padały spory o to, gdzie to jest. Ale najczęściej wracało jedno pytanie, zadawane w liczbie mnogiej, do nikogo konkretnego:

Czy to jeszcze stoi.

To jest pytanie, które definiuje całe to środowisko. Nie „jak tam weszliście" i nie „czy było niebezpiecznie". Tylko: czy budynek z tego zdjęcia przetrwał do dzisiaj. Bo każdy, kto robi to dłużej niż dwa lata, ma w archiwum folder z miejscami, których już nie ma, i wie, że jego zdjęcie zdążyło się zamienić w dokument, zanim zdążył je wydrukować.

Naszywka

Z tamtego weekendu został nam jeszcze jeden kadr, zrobiony na końcu, prawie odruchowo: czarna torba postawiona na betonie, a na niej haftowana naszywka — RADIOAKTYWNY.PL, pod spodem URBEX, obok pomarańczowy trójlistek. Na stole obok leżały drukowane naklejki z tym samym znakiem i kompletem ikon: kanister, maska przeciwgazowa, młyn diabelski, okno, koło zębate.

Wygląda na gadżet ze stoiska. Nie jest.

To jedyny podpis, jaki eksplorator zostawia w terenie na sobie, a nie na ścianie. Nazwa naszyta na torbie zamiast namalowanej na tynku.

A wystawa jest drugą połową tej samej zasady. Skoro zdjęcie już zabrałeś — nie zostawiaj go na dysku, gdzie obejrzy je pięć osób i algorytm. Wydrukuj, podpisz własnymi słowami i powieś tak, żeby ktoś musiał się nad nim pochylić.

Zanim tam pojedziesz

Tej wystawy już nie ma. Zdjęto ją na początku września, a Prześwit wrócił do bycia zwykłym pasażem z pracowniami — tym samym, przez który przechodzi się w dwadzieścia sekund, nie wiedząc, że przez dwa tygodnie wisiał tu przekrój polskiego urbexu.

Źródła

Zdjęcia z wydarzenia