O nas
Kodeks urbexera
Urbex to nie tylko przygoda — to odpowiedzialność. Zanim wejdziesz w opuszczone mury, poznaj kilka zasad, których trzymamy się od pierwszej eksploracji.
Pięć zasad
Od pierwszej eksploracji
-
Zostaw, tak jak zastałeś
Nie zabieramy nic poza zdjęciami i wspomnieniami, nie zostawiamy śladów poza własnymi odciskami butów.
Przesunięta butelka, otwarta szuflada, drobiazg zabrany „na pamiątkę” — każda taka rzecz odbiera miejscu kawałek tego, po co się tam w ogóle przyszło. Nie wyłamujemy okien i nie poszerzamy przejść; jeśli nie da się wejść bez niszczenia, to znaczy, że tym razem nie wchodzimy. Cisza jest częścią tej samej zasady — na obiekcie rzadko jest się naprawdę samemu, a hałas niesie się dalej, niż się wydaje.
-
Bezpieczeństwo przede wszystkim
Dozymetr, latarka, maska, obuwie ochronne — sprzęt dobieramy do miejsca, nie na hurra.
Nie chodzimy w pojedynkę i nie jest to kwestia towarzystwa, tylko tego, kto zawoła pomoc, jeśli coś pójdzie nie tak. Naładowany telefon należy do wyposażenia na równi z latarką. Zanim postawimy krok, patrzymy pod nogi i nad głowę: strop, który przemókł przez lata, dach bez połaci i zapadnięta podłoga wyglądają na zdjęciu tak samo jak zdrowe. Czasem najlepszą decyzją jest odpuścić i wyjść.
-
Szacunek do miejsca i jego historii
Za każdą fabryką, szpitalem czy stanicą stoją ludzie i wydarzenia — traktujemy je jak świadectwo, nie plac zabaw.
Zanim wejdziemy, staramy się wiedzieć, po co to miejsce powstało i dla kogo pracowało — to zmienia sposób, w jaki się po nim chodzi. W szpitalu, kaplicy czy domu, z którego ktoś nagle wyszedł, zostają rzeczy prywatne i nie robimy z nich rekwizytu do kadru. Nie układamy też zastanych przedmiotów „pod zdjęcie”: to, jak leżą, samo w sobie jest informacją.
-
Znajomość prawa
Wejście na teren prywatny to konsekwencje prawne — sprawdzamy status obiektu, zanim wyruszymy.
Legalność nie jest zero-jedynkowa — zależy od tego, czyj jest teren i jak jest zabezpieczony. Wejście na teren zamknięty albo prywatny bez zgody właściciela może zostać potraktowane jako naruszenie miru domowego (art. 193 Kodeksu karnego) i na tym „może” kończy się to, co wiemy na pewno. Przy spotkaniu z ochroną albo policją nie uciekamy — podajemy dane, wykonujemy polecenia i rozmawiamy spokojnie, bo ucieczka zamienia formalność w sprawę. Najspokojniej wchodzi się za zgodą właściciela i takich wejść mamy coraz więcej; liczy się miejsce, nie to, którędy się do niego weszło. Za granicą przepisy bywają znacznie ostrzejsze niż u nas i sprawdzamy je przed wyjazdem, nie po.
-
Dyskrecja lokalizacji
Niektóre miejsca giną, bo zbyt szybko trafiają na mapy — dzielimy się historią, nie zawsze dokładnym adresem.
Opublikowany adres bywa dla obiektu wyrokiem: po kilku tygodniach znikają klamki i instalacje, przybywa graffiti, a właściciel zamurowuje wejście. Dlatego w materiałach zostawiamy historię, zdjęcia i kontekst, a współrzędne tylko tam, gdzie miejsce jest udostępnione zwiedzającym. Pytającym o adres odpowiadamy tak samo, jak sobie nawzajem: najpierw powiedz, po co.
Jak szukamy miejsc
Żadna z tych zasad nie działa, dopóki nie ma dokąd pojechać. Objazd okolicy, mapy, lokalna prasa i wymiana w wąskim gronie — całość rozpisaliśmy w Poradach.
Na koniec
Ciąg dalszy na kanale
Kodeks czyta się w kilka minut, a sprawdza dopiero na miejscu — przy zamkniętej bramie, na stropie, którego od lat nikt nie oglądał, albo w rozmowie z właścicielem. Te same zasady wracają na naszym kanale w trzech cyklach.
Trzy cykle
- Kodeks Urbexera
- Prawo a Urbex
- Pierwsza Pomoc
Wszystkie trzy cykle znajdziesz na kanale.
Kanał na YouTube